O niej
Koń jaki jest, każdy widzi.
Ale tu nie o koniach. Naszym podmiotem lirycznym jest nie kto inny, tylko Ona. I o Niej tu sobie popiszę.
Jest takim fascynującym stworzeniem. Musielibyście sobie wyobrazić, jak wyglądała w momencie zawiązania akcji. Ona - Zamiłowana w glanach, metr pięćdziesiąt w szpilkach, śmiała, uśmiechnięta, energiczna. Miała w sobie coś z Foresta Gumpa - jak miała gdzieś iść, biegła tam. Tylko Forest nie robił tego w biało błękitnej bluzeczce w kratkę i zielonej sukience. I wszyscy o tym wiedzieli (charakterystyczne tup - tup - tup - tup - tup - łubudu - łubudu - łubudu - łubudu - łubudu (schody co drugi-trzeci stopień) - tup - tup - tup). Była zabawna, miła, rozrywkowa. Ciągle jest.
Jest bardzo pracowita i uczynna. Tak jak ja, chętniej i szybciej zrobi coś dla kogoś niż dla siebie lub za coś. Koniec młodzieńczego szaleństwa i początek żmudnej dorosłości zastał Ją zdecydowanie za wcześnie, kalecząc jej energiczność. W jej życie weszła brutalnie regularność. Ale esencja oności ciągle w niej siedzi i daje o sobie znać. I mam nadzieję, że nigdy nie przestanie.
Jest beczką prochu. Czasem daje niezły odlot, czasem wybucha. Tak czy inaczej, Ona to niesamowity fajerwerk.
Nieprawdą jest, że Ona nie potrafi czymś się zafascynować. Oj bardzo potrafi. I często z tej umiejętności korzysta. I zawsze jej zależy. I zawsze bierze wszystko do siebie.
Ona jest bardzo skomplikowana. Nie da się jej rozgryźć, ale każdy mały sukces, powodujący, że Jej oczy się śmieją, jest jak szóstka w Totka. Albo nie. Szóstka w Totka to tylko ułamek prawdopodobieństwa i po sprawie. Ona trwa i z każdą chwilą jest coraz bardziej fascynująca. I coraz trudniejsza do rozgryzienia.
Ona jest jak zastrzyk endorfin do serca. Albo nie. Jak dosercowa kroplówka z endorfinami.
Oto Ona.